content

Przypadek Antoniego Rajkiewicza – międzywojenna sytuacja socjalna z perspektywy polityka społecznego

 

Antoni Rajkiewicz- profesor zwyczajny, nestor polskiej polityki społecznej, honorowy przewodniczący Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego. Emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zorganizował Instytut Polityki Społecznej, którym kierował do 1981 r. Wieloletni pracownik Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecnie Szkoła Główna Handlowa). Pełnił wiele funkcji naukowych i publicznych, m.in. w latach 80. XX w. był Ministrem Pracy, Płac i Spraw Socjalnych oraz dyrektorem Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Wieloletni redaktor naczelny czasopisma „Polityka Społeczna” (1975–1999). Autor ponad 600 publikacji naukowych, ekspertyz i opracowań. Wypromował 43 doktorów.

 

Mirosław Grewiński: Panie Profesorze, proszę nam opowiedzieć o kwestiach socjalnych okresu międzywojennego.

 

Antoni Rajkiewicz: Z 17 lat okresu międzywojennego (lata 1922–1939) połowę przeżyłem na wsi, drugą połowę – w mieście. Miałem więc okazję obserwować dwa różne środowiska. Te obserwacje mocno utrwaliły się w mojej pamięci i wpłynęły znacząco na kształtowanie mojej osobowości. Pochodzę z rodziny nauczycielskiej (prawie wszyscy byli nauczycielami, w tym moje trzy siostry). Ojciec był nauczycielem matematyki z 30-letnim stażem, przez wiele lat dyrektorem szkoły powszechnej we wsi, w której mieszkaliśmy. Współtworzył lokalną infrastrukturę społeczną, straż ogniową, spółdzielnię i dom ludowy. Był wychowankiem rosyjskiego seminarium nauczycielskiego w Jędrzejowie, znał biegle rosyjski. Szkoła rosyjska kształciła przede wszystkim w dwóch dziedzinach – języka rosyjskiego i matematyki (naczelne dwa przedmioty w rosyjskiej doktrynie kształcenia).

 

Jak się nazywała wieś, w której Pan Profesor mieszkał?

 

- Drużbice, w województwie łódzkim, w powiecie bełchatowskim.

 

Ojciec Pana Profesora uczył w szkole, a mama? Zajmowała się gospodarstwem domowym?

 

- Mama także była nauczycielką, uczyła w szkole.

 

Jakie wykształcenie posiadali wówczas nauczyciele?

 

- Średnie. Wykształcenie zdobywali w seminariach nauczycielskich lub na kursach. Ojciec skończył seminarium nauczycielskie w Jędrzejowie, matka – kursy oświatowe we Lwowie i Krakowie. Rodzina pochodziła z dwóch zaborów, miałem zatem obraz integracji społecznej w Polsce odrodzonej. Matka mówiła biegle po niemiecku, a ojciec po rosyjsku, znajomość tych języków była dla mnie naturalna.

 

Jaki był wtedy status nauczyciela?

 

- Zawód nauczyciela należał do zawodów prestiżowych.

 

Jakie były warunki mieszkaniowe na wsi?

 

- Warunki mieszkaniowe były skromne: dwa pokoje z kuchnią, ogrzewane piecami, w których paliliśmy torfem, wcześniej odpowiednio przesuszonym. Nie było węgla, prądu, korzystaliśmy z oświetlenia w postaci lamp naftowych. Również izby szkolne funkcjonowały w podobnych warunkach, a naukę prowadzono w klasach łączonych. W późniejszych latach pojawił się odbiornik radiowy kryształkowy, z którego korzystało się w słuchawkach. W środku odbiornika znajdował się kryształek, który poruszało się za pomocą igły i w ten sposób znajdowało się stacje radiowe.

 

Czy w tej wsi mieszkali też ludzie zamożni?

 

- W pobliżu był majątek hrabiostwa. Istotną rolę odgrywał miejscowy proboszcz, który urzędował w kościele św. Rocha. Najbardziej utkwił w mojej pamięci odpust, organizowany raz do roku z wielkim rozmachem, to był najbardziej uroczysty dzień w roku.

 

A czy Pana rodzice posiadali gospodarstwo rolne?

 

- W tamtym czasie nauczycielom należały się działki z racji wykonywanego zawodu, mieliśmy więc kawałek pola przy miejscu zamieszkania, którym był budynek szkolny. Połowę budynku zajmowała szkoła, pozostałą część stanowiło mieszkanie nauczycielskie, w którym się urodziłem i mieszkałem z rodzicami i rodzeństwem. 

 

Czy dzieci były wykorzystywane do pomocy w gospodarstwach rolnych, domowych?

 

- Dzieci pomagały przy wypasaniu krów, obrządku zwierząt, ale też w gospodarstwie domowym. Ja żyłem ze środowiskiem dzieci wiejskich dobrze, odwiedzałem je, jadałem
z nimi posiłki. Widziałem kontrasty między warunkami życia rodzin typowo rolniczych
i pozostałych, takich jak moja, nauczycielska rodzina, zaliczana do arystokracji. Za lokalną arystokrację uchodził ksiądz, nauczyciel, młynarz, rzemieślnik czy sprzedawca w sklepie.

 

A jak wyglądały kwestie zdrowotne, dostęp do lekarzy?

 

- Najbliższy lekarz wszech nauk medycznych (tak się nazywał) przyjmował w Bełchatowie, zajmował się leczeniem wszystkich chorób. Poza tym działały akuszerki wyspecjalizowane w opiece nad ciężarnymi i małymi dziećmi. Pracowały w szpitalach, ale także towarzyszyły narodzinom dzieci w domach, gdzie najczęściej odbywały się porody. Ta opieka była jednak odpłatna, nie było powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. Ubezpieczenia społeczne wprowadzono w latach 30., obejmowały one głównie lecznictwo szpitalne. Moja rodzina korzystała z usług lekarza domowego (dra Bramsa), ale to już wtedy, gdy mieszkaliśmy w Piotrkowie. Był to świetny lekarz pochodzenia żydowskiego, który opiekował się całą rodziną. Został zamordowany przez Niemców.

 

W jakim wieku Pan Profesor przeprowadził się do miasta?

 

- Miałem osiem lat (to był rok 1930), kiedy rodzice podjęli decyzję o przeprowadzce do miasta. Zamieszkaliśmy w Piotrkowie, gdzie rozpocząłem naukę od drugiej klasy, ponieważ dziadek nauczył mnie czytać i pisać. Szkoła mieściła się w dawnym budynku gubernatora rosyjskiego (budynek stoi do dnia dzisiejszego), tam mieściła się również filia Kieleckiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Odczuwalny był powszechny pęd do tworzenia rozmaitych zrzeszeń (spółdzielnia uczniowska, szkolna kasa oszczędności, harcerstwo). W szkole dużym powodzeniem cieszył się przedmiot roboty ręczne.

 

O której godzinie rozpoczynały i kończyły się zajęcia szkolne? Czy dzieci miały jakieś zajęcia pozalekcyjne?

 

- Zajęcia szkolne zaczynały się o godzinie ósmej, a kończyły o trzynastej. Po szkole dzieci przede wszystkim pomagały rodzicom w codziennych pracach domowych. Zajęcia pozalekcyjne związane były zwykle z działalnością społeczną. Dość powszechny był zwyczaj uczestniczenia w zajęciach z robót ręcznych, rysunku, śpiewu czy gimnastyki. Moja matka prowadziła zajęcia z robót ręcznych.

 

Jakiego języka uczono w szkole?

 

- W szkole powszechnej (podstawowej) nie uczono języków obcych, dopiero w gimnazjum prowadzono lekcje z języka niemieckiego, francuskiego i łaciny, która była obowiązkowym przedmiotem w każdej szkole. Ja rozpocząłem naukę w Gimnazjum nr 42 im. Bolesława Chrobrego w 1934 roku, mając 12 lat. Każde gimnazjum było numerowane, nosiło się mundurki, do których przyszywano szkolne tarcze: gimnazjalne w kolorze niebieskim, a licealne - w czerwonym. W gimnazjum wydawaliśmy pismo „Nasza Przyszłość”, byłem członkiem zespołu redakcyjnego i sekretarzem samorządu uczniowskiego. Część mojego wolnego czasu spędzałem w harcerstwie i organizacjach społecznych. Najpierw należałem do zuchów, a w wieku 11 lat odbyłem kurs zastępowych w Puławach, następnie zaś prowadziłem zastęp Sokołów w 11. Drużynie Harcerskiej im. S. Czarnieckiego. Do dziś zachowały się dwa ręcznie pisane pamiętniki – mojej pieszej wędrówki harcerskiej w 1936 roku, ze szczegółowymi notatkami dotyczącymi wydatków oraz opisem miejsc noclegowych. Zachował się też dziennik pracy tego samorządu uczniowskiego, którego byłem przewodniczącym, wraz z korespondencją między nauczycielką i dziećmi ze szkoły podstawowej w Przekurce na Polesiu (opiekowaliśmy się tą szkołą). Są to bardzo ciekawe listy, zawierające między innymi opis szkoły przedstawiony przez nauczycielkę, która tam uczyła.

 

Czy szkoła była koedukacyjna?

 

- Na wsi szkoła powszechna była koedukacyjna, natomiast w mieście były szkoły męskie i żeńskie. Ja chodziłem do męskiej szkoły im. Św. Kazimierza, a moje siostry do szkoły żeńskiej im. Królowej Jadwigi, w której uczyła moja matka. Gimnazja też były podzielone.

 

Na czym polegała działalność spółdzielni uczniowskiej?

 

- To był sklepik, w którym można było kupić podstawowe artykuły typu stalówki, zeszyty, kredki. Pisało się piórem, w każdej ławce był kałamarz, a w nim atrament.

 

Czy do każdego przedmiotu był nauczyciel, czy jeden prowadził wiele przedmiotów?

 

- Nauczyciele na ogół specjalizowali się w poszczególnych przedmiotach. W szkole powszechnej wychowawca prowadził klasę – to był polonista, historyk lub geograf.

 

Jaką sytuację socjalną zastaliście w Piotrkowie po przeprowadzce ze wsi?

 

- Początkowo warunki były zbliżone do tych na wsi: nie było światła, wodę czerpało się ze studni umiejscowionej na ulicy. Dopiero w latach 30. podciągnięto wodociąg i zelektryfikowano miasto. Mieliśmy trzy skromnie urządzone pokoje, z ubikacją na zewnątrz, wspólną dla wielu rodzin.

 

Jak Pan Profesor pamięta ten czas związany ze wsią i miastem, czy były duże różnice między warunkami życia w obu środowiskach?

 

- Były widoczne różnice. Na wsi główny problem stanowiło zróżnicowanie warunków życia. Wieś była biedna, prawie w każdym domu znajdował się ręczny warsztat tkacki. Jednocześnie zaczynały powstawać różne organizacje. Stworzono straż ogniową, spółdzielnię spożywców, w remizie strażackiej organizowano przedstawienia, ja nawet występowałem w jednym ze spektakli pt. „Powrót taty”. Piotrków w latach 30. zaczął przeżywać pewną koniunkturę, korzystając z pomocy międzynarodowej, tak zwanej pożyczki ulenowskiej, wybudowano halę targową, stadion sportowy, pływalnię oraz łaźnię miejską z dostępem do ciepłej wody, z której można było korzystać za niewielką opłatą. Łaźnia cieszyła się ogromną popularnością, ponieważ w mieszkaniach nie było łazienek. W mieście dobre było zaopatrzenie. Na targu w centrum miasta, organizowanym raz w tygodniu, można było nabyć mięso, nabiał, jajka, owoce czy warzywa. Towary przemysłowe dostarczali domokrążcy, głównie pochodzenia żydowskiego. Najbliższym ośrodkiem rękodzieła był Bełchatów, skąd pochodziły roznoszone po domostwach towary. Najbardziej dotkliwe były w obu środowiskach dwie kwestie społeczne: na wsi – ubóstwo (nie wystarczyła uprawa ziemi, trzeba było zajmować się manufakturą), a w mieście – bezrobocie. Taki obraz utrwalił się podczas mojego dorastania, był czynnikiem kształtowania się mojej postawy i moich zapatrywań w przyszłości.

 

Czyli bezrobocie było wysokie?

 

- Właśnie pierwszą kwestią, z którą się spotkałem po przeprowadzce do miasta, był problem bezrobocia i strajków, które odbywały się już w latach 30. Pamiętam strajki między innymi w Hucie Szkła Gospodarczego „Hortensja”, w Hucie Szkła Okiennego „Kara” oraz w Hucie Szkła „Feniks”. To były najbardziej znane huty w Polsce.

 

Z jakich powodów organizowano strajki?

 

- Najczęściej postulaty dotyczyły zatrudnienia (było duże bezrobocie),zwolnień z pracy i podwyższenia płac. Miałem w klasie kolegę – syna wicedyrektora jednej huty – który ukrywał się u nas w mieszkaniu w czasie strajków. Była to moja pierwsza lekcja ówczesnej historii, ponieważ on zapoznawał mnie z kwestiami walki klasowej.

 

Wracając jeszcze do kwestii społecznych na wsi, wspominał Pan Profesor, że rolnicy w większości nie byli w stanie utrzymać się z rolnictwa i zmuszeni byli zajmować się manufakturą. Jakie to były rzemiosła?

 

- Najczęściej było to rękodzieło lub usługi dla mieszkańców, najczęściej u młynarza w młynie.

 

Czy w owym czasie dużo osób emigrowało ze wsi do miasta?

 

- Niewiele osób korzystało z takiej możliwości. W miastach ruch inwestycyjny był stosunkowo słaby, bezrobocie duże, a samorząd lewicowy. To nie były warunki zachęcające ludzi do zmiany warunków życia.

 

Czy w miastach był łatwy dostęp do lekarzy i czy był odpłatny?

 

- Dostęp do lekarzy był, jednak były to wizyty płatne.

 

Jak wyglądała sytuacja z wielokulturowością w miastach?

 

- To były przede wszystkim układy usługowe, polegające na handlu. W określonym czasie domokrążcy przynosili zamówione towary, w miastach były dni targowe.

 

Z Piotrkowa przeprowadził się Pan Profesor do Warszawy. Jak wówczas wyglądało to miasto?

 

- Warszawa była przede wszystkim bardzo ruchliwym miastem. Po wyjściu z Dworca Głównego można było napotkać dużo handlujących i osoby poszukające zajęcia na giełdzie pracy ulokowanej przy dworcu. W tym miejscu można było nabyć rozmaite produkty, tam kupiłem pióro wieczne od handlarza. Życie koncentrowało się przy stacjach kolejowych.  

 

Jak wyglądał transport publiczny?

 

- Była rozbudowana sieć tramwajowa, po ulicach poruszały się autobusy. Jedyny punkt regulacji świetlnej znajdował się na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej, gdzie w budce na podwyższeniu pracował policjant, ręcznie sterujący sygnalizacją świetlną.

 

Dlaczego rodzice zdecydowali o przeprowadzce do Warszawy?

 

- Do Warszawy nie przenieśliśmy się wszyscy, ja przyjechałem sam, żeby ukończyć szkołę średnią. Uczęszczałem do liceum administracyjnego, zamieszkałem w bursie dla dzieci z rodzin nauczycielskich przy ulicy Smulikowskiego. 

 

Co było zadziwiające w liceum i jaka była sytuacja młodzieży, która się tam uczyła?

 

- Sama nauka w liceum warszawskim była fascynująca, uczyli nas profesorowie, którzy byli jednocześnie wykładowcami w Szkole Głównej Handlowej, na przykład prof. Koźmiński, Dąbrowski czy Lipiński. Zaszczepili w nas zainteresowania społeczne i fascynacje sytuacją współczesnego świata. Mam książkę pamiątkową „Reslerczycy”, bo to było liceum administracyjne Reslerów. Nasza klasa licealna regularnie uczęszczała na sztuki teatralne, każdy był w posiadaniu karnetu do Teatru Wielkiego. A sama młodzież licealna, mniej lub bardziej zamożna, pochodziła z różnych środowisk. Dobrze funkcjonowała samopomoc koleżeńska, ja na przykład przekazywałem uboższym kolegom drugie śniadanie, które otrzymywałem w bursie nauczycielskiej, gdzie się stołowałem.

 

Z czego jeszcze wynikała fascynacja Warszawą?

 

- To byłociekawe miasto, bardzo zróżnicowane. Przy ulicy Świętokrzyskiej koncentrowały się księgarnie, była ogromna dzielnica żydowska, która słynęła z własnoręcznie przygotowywanych nalewek, ale też i bardzo nowoczesne miejsca, jak PKO. Funkcjonowała tam poczta pneumatyczna, przy pomocy której pobierało się gotówkę. Do specjalnej tuby wkładało się podpisany czek i tą samą drogą powracały pieniądze wraz z pokwitowaniem wypłaty. W ten sposób korzystałem z oszczędności gromadzonych na książeczce oszczędnościowej. W Warszawie funkcjonowało wiele punktów gastronomicznych oferujących gorące dania i  automatycznych barów z kanapkami. Sporo było ulicznych handlarzy i osób zachęcających przechodniów do udziału w różnych grach, na przykład w trzy karty. Popularnym miejscem zakupów był „Kercelak” – plac na Woli.

 

W jakiej części Warszawy Pan Profesor mieszkał?

 

- Mieszkałem na Powiślu, naprzeciwko obecnego miejsca zamieszkania, gdzie żyjemy z żoną od 65 lat.  Te domy zostały zbudowane w latach 30. , a mieszkania zakładowe, których nie można było sprzedać ani wynająć,  przeznaczone były dla rodzin nauczycielskich. Ojciec i matka należeli do związku nauczycielskiego.  Ojciec płacił składki miesięczne w wysokości 5 zł, matka zaś 3,70 zł. W zamian rodzice otrzymywali „Głos Nauczycielski”. Ja prenumerowałem pismo „Szkoła Zawodowa”, ponieważ nosiłem się z zamiarem wyboru takiej szkoły po ukończeniu gimnazjum. Wyobrażałem sobie, że po szkole zawodowej pewniejsze będzie zatrudnienie w konkretnym zawodzie. W rezultacie znalazłem się w liceum administracyjnym, które było liceum zawodowym.

 

Jak Pan Profesor znalazł się na studiach w Szkole Głównej Planowania i Statystyki?

 

- Edukację przerwaną II wojną światową kontynuowałem w ramach tajnego nauczania, zdając maturę w 1941 roku. Dowiedziałem się, że na Uniwersytecie Łódzkim trwają przyjęcia, korzystając więc z okazji, w 1945 roku podjąłem naukę na Wydziale Nauk Społecznych, przekształconym później w Wydział Prawno–Ekonomiczny. Zamieszkałem w Łodzi u przyjaciela ojca. Bratnia Pomoc Studentów otworzyła stołówkę, do której zgłosiłem się po tak zwaną kartkę uprawniającą do korzystania z posiłków. Wówczas zapytano mnie, czy chciałbym się przyłączyć do tej organizacji, oferując swoją pomoc. Zgodziłem się i tak zaczęła się moja działalność społeczna. Pomagałem przy organizacji stołówki, domu studenckiego, następnie zostałem sekretarzem, a następnie prezesem Bratniej Pomocy Studentów, reprezentując brać studencką w uniwersyteckim senacie. Studia kończyłem, równocześnie działając społecznie.

 

Wracając do kwestii społecznych w okresie międzywojennym, bo tego dotyczy artykuł, oprócz bezrobocia i ubóstwa czy rozwarstwienia społecznego na co by Pan Profesor jeszcze zwrócił uwagę? Jakie najważniejsze kwestie socjalne były wówczas widoczne dla takiego młodego człowieka jak Pan?

 

- Oprócz wymienionych kwestii dużym problemem była bezdomność, pozostałość z zaborów. U nas pomieszkiwała kobieta, która nie miała własnego mieszkania i korzystała z uprzejmości obcych ludzi. Kolejnymi problemami były: analfabetyzm, duża przestępczość i pijaństwo. Niektóre z wymienionych kwestii występują nadal, tylko w innym stopniu i innej skali. Obecnie mamy także do czynienia z innego rodzaju środkami zwalczającymi oraz większym zaangażowaniem państwa. Przybyły ponadto dwie kolejne kwestie – jedna, dotyczącą bezpieczeństwa drogowego, związanego z motoryzacją, druga – związana z narkomanią.

 

Czy w tamtym czasie lokalne samorządy pomagały rodzinom?

 

- Zdumiewająca była liczba organizacji społecznych. Najważniejsza z nich – Pomoc Zimowa – zajmowała się dożywianiem dzieci. Z jej pomocy skorzystało 750 tys. młodych osób. W pomoc ubogim włączały się organizacje kościelne, w myśl hasła „res sakra miser” (biedny, nieszczęśliwy jest rzeczą świętą). Zróżnicowanie warunków życia było bardzo duże, w zależności od rejonu. Funkcjonowały oddzielne szkoły ewangelickie dla dzieci mniejszości niemieckiej, szkoły żydowskie, wśród których najmniej było analfabetów (należało opanować sztukę pisania do spisywania grzechów, taki był wymóg). Działały kluby sportowe Hapoel czy Makabi. Obok ZHP było tzw. harcerstwo czerwone, organizowane przez PPS i TUR, Towarzystwo Uniwersytetów Robotniczych, działał klub sportowy SKRA (Sportowy Klub Robotniczo-Amatorski). Wszystko funkcjonowało na zasadzie dobrego porozumienia, przy jednoczesnych dużych różnicach w statusie społecznym. Okres międzywojenny był okresem bardzo interesujących obserwacji, wypełniony chęciami tworzenia różnego rodzaju ruchów społecznych i organizacji. Te nawyki kształtowały moje zainteresowania w czasie studiów i po studiach…..



Wywiad z prof. A. Rajkiewiczem przeprowadził prof. dr hab. Mirosław Grewiński, Prezes Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej i Prorektor Wyższej Szkoły Pedagogicznej im. Janusza Korczaka w Warszawiew listopadzie 2017 r.

 

 

do góry Ostatnia modyfikacja: 17-08-2018
Ideo Realizacja: 
CMS Edito  Powered by: 
Hostlab  Hosted by: